Jako autor proszę WSZYSTKICH czytających o opinie. To dla mnie budujące i motywuje mnie do dalszego pisania. Tyczy się to także osób, które dodają DK do ulubionych. Dziękuję.



UWAGA
Pracuję nad dalszymi rozdziałami, i jeśli ktoś chce mnie poganiać, proszę tutaj:
princekatsu.fbl.pl





Jako, że grafik Spojrzenia był wypchany po brzegi, koncert miał trwać jedyne pięćdziesiąt minut. Z SHIBUYA AX mieli jechać do następnej hali.
W zamkniętej sali było ciemno i niezwykle duszno. Kolorowe światła oświetlały barwnych jak motyle muzyków, pod sceną skakali rozentuzjazmowani fani. Z głośników właśnie dobiegały dźwięki przedostatniego utworu z listy przewidzianych na ten występ – OBSCURELY. Ciężka muzyka wyrywała się zza kratki wielkich kolumn i biła w tłum ludzi, upośledzając im słuch.
Kira jak zwykle siedziała na głośniku, wyciągając ręce do fanów. Jak zwykle jej serce rosło i chciało wyrwać się z jej piersi, by ulecieć wysoko. Jak zawsze było to coś niezwykłego i nieśmiertelnego, nieme złączenie grającego ze słuchającym. Symbioza w dusznej hali gmachu SHIBUYA AX, pod pokrywą agresywnych riffów gitary elektrycznej.
Coś jednak przerwało jej ten sielankowy moment swoistej radości.
Ucięła się partia basu. Nagle, zupełnie nagle znikła, zgasła.
Dyskretnie odwróciła głowę ku miejscu, które zazwyczaj zajmował Ryuga. O mało co nie pomyliła tekstu, kiedy zobaczyła, że opiera się on o metalowe spojenie. Nie gra, bas bezwiednie wisi mu na ramieniu. Pochyla się. Oddycha ciężko. Cierpi widocznie i najzwyczajniej realnie.
Może to tylko chwilowe?
Dziewczyna stara się zachować zimną krew, jako, że nie powinna zacząć panikować w środku utworu. Zmieniło się to jednak, gdy basista upadł na podłogę, a bas huknął głucho o metalowy wzmacniacz.
Wszyscy zwrócili oczy w tamto miejsce, wszyscy patrzyli na leżącego nieruchomo Ryugę. Niepokojący szum przetoczył się przez zgromadzonych fanów. Po kilku sekundach, które wydawały się dłużyć niemiłosiernie, pozostała trójka muzyków rzuciła swoje instrumenty i podbiegła do czerwonowłosego, niemal wpadając na siebie nawzajem. O dziwo – Maya pierwszy cisnął pałeczkami i zeskoczył ze swego miejsca. Już za chwilę zjawiła się ekipa oraz ochrona. Pod sceną zaroiło się od przestraszonych głosów i rozpaczliwych pytań zostających bez odpowiedzi.
– On nie oddycha! – krzyknęła Kira, pochyliwszy się nad basistą.
To były ostatnie sensownie wypowiedziane słowa. Potem był już tylko pośpiech, panika, rozpacz, łzy i jazgot syreny karetki pogotowia.



Godzina popołudniowa, mieszkanie basisty DéspairsRay. Właściciela nie było, gdyż głód zapędził go do spożywczaka, lecz w trzydziestu ośmiu metrach kwadratowych zachowało się czyjeś istnienie.
Rozstanie z jego karmazynowowłosą miłością było burzliwe i brutalne, zbyt brutalne dla niego, choć to przecież z jego winy Ryuga płakał. Tak oto przez swoją puszczającą się pod mostem asertywność, trzydziestoczteroletni Hizumi owdowiał; choć to on ją zabił, on zabił swojego pięknego męża, przyjaciela i kochanka, swoją karmazynowowłosą miłość. Najmniejszym jego zmartwieniem był fakt, że nie ma gdzie się podziać, po tym jak zrozpaczony Ryuga wyrzucił go z domu. Naprawdę, była to ostatnia rzecz o jakiej myślał, lecz była na tyle istotna, że musiał się tym zająć. Na szczęście istnieli ludzie, którzy o każdej porze dnia i nocy spodziewali się zbłąkanego, bezdomnego wokalisty własnego zespołu. Zero pozwolił Hizumiemu zamieszkać u siebie do czasu, aż ten poukłada sobie życie. Bez żadnych przesłuchań, za co wokalista był mu niezmiernie wdzięczny. Nie miał ochoty pogrążać się we własnej egzystencjalnej beznadziejności, relacjonując, jak Ryuga przyłapał go w łóżku z Karyem i teraz nie ma się gdzie podziać, gdyż nie ośmieli się pojechać do rodziców i oznajmić, że jego homoseksualny partner wyrzucił go z domu za puszczanie się. Choć nie wątpił, że go kochali, nie chciał wystawiać tej miłości na próbę.
Dopiero, gdy leżał w łóżku, które dobry Zero wytaszczył dla niego z piwnicy, zdał sobie sprawę, że i tak skończyłby w domu basisty. Nawet, gdyby nie sprzedał swojego mieszkania, i tam nie miałby odwagi wrócić. Przecież tam miał miejsce ich pierwszy, jakże namiętny pocałunek, gdy Ryuga odwiózł go do domu po romantycznej randce na mieście. I tam pierwszy raz się kochali, żarliwie, płomiennie. Nawet nie rozebrali się do końca; zaczęli w korytarzu i poprzez dywan w dużym pokoju w końcu skończyli na łóżku w sypialni. Tam też Ryuga przychodził do niego i wtedy śmiał się, że wszystkie szafki są tak nisko zawieszone. Tam też jego karmazynowowłosa piękność mieszkała przez jakiś czas, gdy nie chciała widywać Maii, a chciała popracować przy swojej muzie i natchnieniu – jak to wokalistę często nazywała. Kilka godzin Ryuga siedział przy swojej gitarze, a potem ogniście kochał swoją wenę. I rano robił jej herbatę.
Tak, Hizumi wszystko to doskonale pamiętał. Dlatego nie miałby odwagi tam wrócić. Nie miałby odwagi oglądać obrazy z dni, gdy ich miłość dopiero kiełkowała.
Westchnął.
Teraz nie mógł się pozbierać. Nie mógł, nie potrafił. Istnienie Ryugi tak bardzo wrosło w jego życie, że za każdym razem budził się zdziwiony faktem, iż jest w łóżku sam. Dopiero potem przypominał sobie, że przecież jego karmazynowowłosa miłość odeszła.
I znów westchnął.
Ale kiedy ujrzał go w Yokosuce, na hide MEMORIAL... Wtedy był taki wyniosły, zimny, niedostępny. Bał się na niego patrzeć, bał się tej oziębłej piękności, a jednak coś mu mówiło, że pod warstwą pudru i materiału wciąż siedzi jego skrzywdzona karmazynowowłosa miłość. Jego Ryuga.
I spojrzał na gazetę z programem telewizyjnym. Może umili sobie czas jakimś mało ambitnym seansem, by zapomnieć o swoim bólu egzystencjalnym?
Sięgnął po pilota i włączył czarne pudło. W drugą dłoń złapał kubek z herbatą. W żadnym razie ta zabarwiona woda nie była tym, co dostawał każdego ranka po upojnym seksie. Herbata Ryugi była jedyna w swoim rodzaju. Nim go spotkał, Hizumi kojarzył parzenie owego napoju z byle jakim kubkiem i torebką zalaną wrzątkiem, wrzuconą do niego do niechcenia. Dopiero czerwonowłosy pokazał mu ukrytą sztukę w przyrządzaniu herbaty. Kupował jej pełno; suszone listki i kwiaty i mielone łodygi ze skórką cytrusów, a potem wszystko porządkował w dziesiątkach małych pudełeczek, dla których musieli przykręcić dodatkową półkę. Starannie podpisane, stały tam misternie poukładane. I codziennie była inna. Hizumi jednak najbardziej lubił tę, którą Ryuga przyrządzał mu rano – bursztynową, silnie cytrynową, lekką, słodko-kwaśną – i tą, którą dostawał, gdy przychodził zziębnięty z pracy – słodko-gorzki, mocny Earl Grey z trzema łyżkami soku z aronii, dwiema łyżkami cukru i kroplą rumu.
A to co trzymał w ręku było mdłe, nijakie i parzone z najgorszych odpadków procesu mielenia liści, upchniętych w małą torebkę.
Kiedy tak załamywał się nad swoją herbatą, ekran rozbłysł jasnością.
Podniósł głowę.
Czasem miał w zwyczaju oglądanie wiadomości. Czasem, tylko czasem. Ostatnio bardzo rzadko, tym bardziej, że chciał teraz ubić czarną rozpacz durnym filmem. Coś jednak zakazało mu przełączać z kanału informacyjnego.
Hizumi zobaczył speakera za biurkiem, a obok niego w kwadracie widniało zdjęcia Ryugi.
Wokalista wybałuszył oczy i zaczął potężnie kaszleć, zakrztusiwszy się swoim smętnym napojem.
– Akira Ryuga – basista rockowej grupy The Gaze, stracił przytomność dziś w godzinach wczesno-popołudniowych na scenie podczas koncertu w hali SHIBUYA AX – zaczął mężczyzna w telewizorze. – Powody tego wypadku są wciąż nieznane. Obecnie przebywa on w szpitalu i jest pod ścisłą obserwacją lekarzy. Jego życiu już nie zagraża niebezpieczeństwo, lecz jego stan jest ciężki. Będziemy państwa informować na bieżąco.
Potem facet zaczął coś mówić o pladze śmiercionośnych, pomarańczowych biedronek w Kanadzie, ale Hizumi już go nie słuchał. Oddychał ciężko, zasłaniając usta dłonią.
Tętno wzrosło mu niewątpliwie, wręcz słyszał szum krwi i głośne uderzenia aort pompujących hemoglobinę do jego sparaliżowanych komórek nerwowych, które darły się w silnej dezorientacji.
– Boże... – jęknął. – ...mój Ryuga.
Zamknął oczy. Kilka gorących łez spłynęło po policzkach, gdy Poczucie Winy brutalnie wgryzło mu się w szalenie bijące serce. Tak mocno, że poczuł jego ostre zęby.
Najpierw dał sobie chwilę na załamanie się i tonięcie w rozpaczy, potem na histerię, aż w końcu podjął najbardziej stanowczą decyzję w swoim życiu. Zostawił i tak już zimną herbatę, ubrał buty, porwał płaszcz i wybiegł z mieszkania. Taksówką dostał się do szpitala i natychmiast napadł na kobietę w recepcji, chcąc, by podała mu numer sali, w której leży Akira Ryuga. Kiedy spytała kim dla niego jest, w rozpaczy chciał rzucić jej w twarz, że niewiernym kochankiem, ale powstrzymał się. Powtórzył, by mu podała numer sali, a ona, widząc jego desperację ulitowała się nad nim i powiedziała:
– Sto jeden, pierwsze piętro.
Naturalnie Hizumi był bardzo miłym i dobrze wychowanym człowiekiem, lecz teraz podziękowanie było ostatnią rzeczą o jakiej myślał. Pobiegł więc do schodów, o mało się na nich nie zabijając, ignorując przy tym prośby pielęgniarki, by nie biegać w szpitalu, gdyż to niebezpieczne. Będąc w długim, białym korytarzu, rozglądał się to w lewo, to w prawo, śledząc rosnące numery sal. Próbując się opanować, modlił się, by nie dostać palpitacji, gdyż miał wrażenie, że jest bliski zawału. Ilość bieli, szkła i plastiku wraz z zapachem antybiotyków sprawiły, że poczuł się słaby, chory w jakiś dziwny sposób. Zupełnie jakby coś wielkiego siedziało mu na barkach i chrapliwym głosem powtarzało, że to jego wina. Z jego winy Ryuga leży na oiomie.
Zobaczył drzwi sali sto jeden. Widząc wychodzącego z pokoju lekarza, oprzytomniał natychmiast i podbiegł do mężczyzny w białym fartuchu.
– Panie doktorze, co mu jest? – zapytał z nutą rozpaczy w głosie. Nie umiał się powstrzymać. Nie teraz, nie kiedy medyk milczał, wyraźnie unikając bezpośredniej odpowiedzi, rozciągając czas, przeglądając niby wyniki badań. Okrutnie pozwalał Hizumiemu patrzeć za szybę, na bladą postać leżącą w szpitalnym łóżku. Pozwalał, by wokalista cierpiał męki, widząc krwistoczerwone włosy rozsypane bo białej pościeli, zamknięte powieki, maskę tlenową i kroplówkę i mrowie rurek i rureczek odchodzących od różnych aparatur. I respirator i ekran z migającą linią, monitorujący funkcje serca. Jego Ryuga leżał w tym łóżku słaby i bezwiedny jak lalka, której odcięto sznurki. Taki sam, taki biedny, drobny w tym wielkim, sterylnym pokoju. Pośród szkła i plastiku.
Przeniósł zamglone łzami oczy na lekarza.
Niech coś w końcu powie, do cholery.
– A pan jest...? – zapytał ostrożnie mężczyzna w fartuchu.
– Partnerem – odpowiedział Hizumi słabym głosem.
Lekarz odchrząknął, poprawił prostokątne okulary.
– Kiedy go do nas przywieziono, Akira-san był nieprzytomny i wymagał sztucznej wentylacji. Badania wykazały obecność alkoholu oraz substancji nasennych we krwi, które reagując ze sobą, spowodowały zatrucie, a co za tym idzie utratę przytomności i niewydolność płuc. Na szczęście w porę zrobiliśmy mu płukanie żołądka, dzięki czemu uszkodzenia nie dotknęły serca ani ośrodka nerwowego, aczkolwiek istniało niebezpieczeństwo zapadnięcia pacjenta w śpiączkę. Obecnie nic mu nie zagraża, jego stan jest stabilny, choć wciąż wymaga stałej opieki, obserwacji oraz uzupełniania płynów. Nie wykluczam jednak potrzeby konsultacji z psychologiem, gdyż tabletki nasenne popite wódką to najzwyczajniej...
– Próba samobójcza? – dokończył Hizumi, czując, że nogi się pod nim uginają.
– Na to wygląda – potwierdził lekarz. – Chce pan z nim zostać?
Wokalista tylko pokiwał głową, ponownie spoglądając za szybę.
– Jest nieprzytomny, ale proszę do niego mówić. Może się obudzi – rzekł doktor, po czym odszedł.
Gdyby wokalista nie pamiętał, że jest w miejscu publicznym, usiadłby na podłodze i zaczął płakać. Po prostu i najzwyczajniej – rzewnie, smutnie i niezwykle żałośnie; jak dziecko kuliłby się i rozpaczał, chowając głowę w ramionach. Ale pamiętał, był w szpitalu, więc musiał wziąć się w garść.
Cóż, brzmiało to bardzo prosto, jednak w rzeczywistości wcale prostym nie było. Poczucie Winy siedzące mu na ramionach przybrało z pół tony, a sumienie niezwykle obficie wycierało sobie nim gębę.
Zbierając w sobie wszystkie pozostałe mu siły, postawił kilka kroków do przodu, wszedł do sali sto jeden.
Od razu uderzył go zapach leków i środków dezynfekujących. Cichy świst aparatury, szelest maski tlenowej. Pomieszczenie zupełnie białe, szklano-plastikowe. A pośrodku postać, której blada skóra zlewała się z prześcieradłem, za to karmazynowe włosy rozkwitały soczystą czerwienią, rozlane, rozsypane na poduszce.
Ten pokój przyprawiał wokalistę o zimne dreszcze.
Powoli, powoli podszedł do szpitalnego łóżka. Coś przewracało mu się w trzewiach; znów to robactwo, którego śmiech trwał w jego głowie. Śmiało się z jego cierpienia, z łez czyniących jego spojrzenie mniej wyraźnym. Ale miało racje – zasłużył, by teraz cierpieć, zasłużył, by jego serce gniło od bólu.
Stanąwszy przy leżącym basiście, w wielkiej rozpaczy padł obok niego na kolana. Ujął tę delikatną, bladą, zimną dłoń. Taką kruchą i bez życia. Przytulił ją do policzka, zamknął oczy.
Na białej, szpitalnej pościeli zaczęły pojawiać się niewielkie, wilgotne plamy.
Hizumi płakał. Płakał niezwykle ciężko i żałośnie, a jednak najciszej jak tylko mógł, by nikt go nie usłyszał. Płakał, gdyż nie mógł patrzeć jak jego karmazynowowłosa piękność tkwi w tym łóżku, opasana kablami i rurkami, lecz zasłużył, by teraz być katowanym tym widokiem.
Jego Ryuga chciał odebrać sobie życie. Jego Ryuga.
Głowa go bolała, oczy piekły. Kolan zupełnie nie czuł.
Nie wiedział ile tak łkał, klęcząc przy jego łóżku, tuląc jego chłodną dłoń do swojego rozpalonego policzka. Wiedział jedynie, że nie może już siedzieć bezczynnie, użalając się nad sobą, rozmyślając o minionych, szczęśliwych dniach, które razem spędzili. Czas, by je przywrócić.



Najpierw ciemność spowiła jego kolorowy, rozwrzeszczany świat, a potem... unosił się, dryfował w nieświadomości. A teraz zaczął ją odzyskiwać.
Bolały go oczy, jakby rażone jakimś nieprzyjaznym, jasnym światłem – jak u dziecka, które dopiero przyszło na świat, nieprzyzwyczajone do chłodu i wrzawy. Czuł się, jakby jedną nogą wciąż tkwił w swoim ciemnym, zamglonym niebycie, gdyż nawet nie odnalazł w sobie tyle siły, by uchylić powieki. Jakaś niemoc oplątywała go ramionami, szepcząc, że jeszcze nie pora wstawać. Gładziła go delikatną dłonią, uspokajała, a on nie umiał się oprzeć.
Był taki słaby.
A jednak wybudzał się powoli; odbierał bodźce świata zewnętrznego, w tym... ciepło. Jakieś dziwne ciepło na swojej dłoni i dźwięk – cichy szloch.
– Ryuga – usłyszał szept. – Ryuga, jeśli mnie słyszysz...
Słyszał, a jakże. Słyszał i był pewny, że to on, to jego Hizumi, jego słodki, cudowny Hizumi! Ale dlaczego płacze, dlaczego jego kochanie płacze?
I wnet wszystko sobie przypomniał.
Wspomnienia wyrwały go z błogiej jego znękanemu ciału i umysłowi ciemności. Pamiętał teraz swój spazmatyczny płacz, tak żałosny i bolesny, jakby znów go usłyszał. I pamiętał swoje bolejące serce, ciężar w piersi tak wielki, że uniemożliwiał mu zaczerpnięcie życiodajnego tlenu. Pamiętał gorycz jaka go ogarnęła oraz tabletki pachnące miętą. I ognistą, palącą w gardle wódkę. Pamiętał, że wyszedł z dumnie podniesioną głową na swój ostatni koncert, a potem... właśnie potem owa ciemność zagarnęła go w swe ramiona.
Czy żyje?
Wszakże wkoło ciemność, ale czuł, słyszał wyraźnie. Nie anielskie chóry, tylko przesmutny płacz i to ciepło na wierzchu dłoni.
Musieli go odratować.
Gdyby mógł, odetchnąłby z ulgą. Jednak żyje.
Nie, przecież nie chciał się zabić. Był to jedynie desperacki i jakże ostentacyjny sposób zwrócenia na siebie uwagi – jego uwagi.
Coś cichutko mówiło mu, że Hizumi wciąż go kocha, że chce do niego wrócić, ale się boi. Głosik ów nasilił się, gdy zobaczył go takiego skulonego i wystraszonego na drugomajowym koncercie. Ale nie, Ryuga był zbyt dumny.
Cholera, cóż za ironia, cóż za pieprzony paradoks.
Tak. Był zbyt dumny. Bo przecież to on został zdradzony i niby dlaczego to on ma prosić swojego niewiernego kochanka o powrót? O nie, jego spaczona część nie pozwalała mu na to, nie chciała, by Ryuga przyznał się, że jest mu źle, że chce go z powrotem. To przecież Hizumi ma paść przed nim na kolana i błagać o danie mu szansy. A Ryuga miał zachowywać się jak zimny skurwysyn, chodząc z podniesioną głową, oblewając wszystkich swoim wzgardliwym spojrzeniem.
– Ryuga...
Wtedy poczuł, że Hizumi tuli jego dłoń do swojego mokrego od łez policzka. Tak czule ją trzyma, całuje.
– Ryuga – zaczął znów. – Ryuga, przepraszam. Nie chciałem, przecież wiesz, że nie chciałem – urwał na chwilę. – Ale wciąż cię kocham. I wrócę do ciebie, obiecuję.
Wtedy puścił jego rękę, chyba wstał. Chyba już skierował się do wyjścia.
Ale basista nie chciał, żeby Hizumi już szedł. Nie chciał i z całej siły starał się ocknąć, podnieść rękę...
Znów stracił przytomność.



Czternastego września Miyaviemu stuknęło okrągłe trzydzieści lat. Aż sam nie mógł się temu nadziwić, kiedy stał przed lutrem i patrzył na kalendarz, na datę zakreśloną różowym mazaczkiem. Stał i patrzył na chłopca, który machał mu radośnie łapką zza magicznej powierzchni płaskiej, w której przecież odbijał się on sam. On sam, o twarzy niezmiennej od lat, w piżamce w ukoronowane serduszka. Na zewnątrz był wciąż tym samym Miyavim. Mimo upływających miesięcy i zmieniających się włosów oraz okresów w modzie, wciąż był tym samym Miyavim. Wciąż uśmiechał się słodko, co dzień rano wypijał buteleczkę soczku pomarańczowego i każde jego spodnie były przykrótkie, gdyż mając metr osiemdziesiąt pięć przy ledwo sześćdziesięciu kilogramach wagi, było wręcz niemożliwym ubranie się w normalnym, japońskim sklepie; tak, by rozmiar był dobry, z tyłka nie zjeżdżało, a nogawki sięgały ziemi. Jednak w środku, w serduszku już nie był tym samym Miyavim. O nie, dorósł. Mentalnie był dojrzałym mężczyzną, pragnącym spokojnego i dostatniego życia u boku ukochanej kobiety. Ale niestety jego ukochana kobieta była już zajęta a miesiąc temu przyniosła mu zaproszenie na swój ślub. Wtedy też się rozpłakał.
Przyszła także w jego trzydzieste urodziny, z samego rana. Zaskoczyła go wielce, gdyż rozwalił się na kanapie z ciastem truskawkowym, nie spodziewając się gości. Jego sekretarka zapchana była pięćdziesięcioma siedmioma wiadomościami, a na wyświetlaczu telefonu migało sto pięć nieodebranych połączeń, więc postanowił wyłączyć owe diabelskie urządzenia i cieszyć się urodzinkami w samotności.
Ale ona przyszła. Zastukała do jego drzwi o dziewiątej, a on otworzył jej w piżamce. Nie jest wielkim literatem, a w sumie nawet gdyby był, nie umiałby werbalnie czy piśmiennie wyrazić tego, co poczuł, gdy ją zobaczył. Stanęła przed nim jego Kira, jego największe szczęście i największy smutek, źródło gorącej namiętności i czarnej rozpaczy. Jego Kira, która za miesiąc i dwanaście dni miała wyjść za mąż.
Powiedziała, że ostatnio ma tyle pracy, że nawet nie zdążyła wybrać mu prezentu. Spytała wtedy czego sobie życzy. A on – cholerny romantyk – odpowiedział, że chce, by spędziła z nim cały dzień. Tylko z nim.
Ale ona zgodziła się z uśmiechem, niczego nie podejrzewała. Nie podejrzewała nawet gdy objął ją i ucałował czule, bo tak bardzo tęsknił. I nie podejrzewała, gdy wziął ją za rękę i zaprowadził do kuchni, by zrobić gorącej herbaty. Dalej nie podejrzewała, gdy z parującymi kubkami usiedli na kanapie i jedli z jednego talerza ciasto truskawkowe. Wciąż nie podejrzewała, gdy kroił widelczykiem galaretkę na kawałki i podsuwał jej pod usta, gapiąc się na te pełne wargi tak nachalnie i uporczywie. Obejmował ją, tulił się do niej w milczeniu, trzymał ją za rękę. A ona nie podejrzewała w ogóle.
Ale taki był szczęśliwy.
A teraz znów siedział na swojej kanapie, urzeczywistniając swoją osobą określenie kłębek nerwów, próbując się do niej dodzwonić. Ulizany facet z telewizora właśnie powiedział, że Ryuga miał wypadek i nieprzytomny leży w szpitalu.



Znów się wybudzał.
Znów czuł, że ktoś go trzyma za rękę; głaszcze, coś mówi.
– Hizumi...? – wymamrotał, zmagając się z bólem emanującym jakby zewsząd.
– Nie, Ryuga, to ja, Shioko – odpowiedział mu ciepły, damski głos.
Chciał coś powiedzieć, zapytać... Ale kiedy uchylał powieki, czuł ból z tyłu czaszki. Zupełnie taki, jaki powstaje zapewne, gdy ofiarę w horrorze psychiczny rzeźnik uderzy siekierą w potylicę.
– Nie, leż, odpoczywaj... – poczuł, że jej delikatna dłoń uspokaja go, łagodnie przyciska do materaca. – Ryuga, ja... przepraszam, że nie odzywałam się tyle czasu...
I znów ból, znów lepka ciemność, która wyciągała ręce po basistę, a on nie był zdolny się przeciwstawić. Jęknąłby, gdyby mógł, lecz dziwny ucisk w klatce piersiowej ledwo pozwalał mu oddychać.
– Ryuga, posłuchaj... Ja jestem...
Ból, cały czas ból. Pojawił się zupełnie nagle, owijając swymi sinymi mackami całe ciało basisty. Czuł się słaby. Czuł jak osuwa się w jakąś szczelinę, jak jego bezwładna sylwetka zatapia się w czarnej mazi.
– Ryuga, to już...
A może tylko mu się wydawało? Może to majaki spowodowane gorączką palącą jego czoło?
– Ryuga, ja niedługo...
I znów stracił przytomność.



Wszystkie korytarze wyglądały tak samo, wszystkie drzwi i schody wyglądały tak samo. Każdy biały, wysterylizowany kąt tego szpitala wyglądał tak samo, toteż Kira, siedząc na plastikowym krzesełku dostawała już tak zwanego pierdolca. Trzymała w dłoniach styropianowy kubeczek z kawą i gapiła się w mleczną piankę kolejny kwadrans. Naprawdę, czuła, że w głowie ma palący się burdel.
To nie tak miało być.
Hideto co pięć minut biegał tam i z powrotem, zaczepiając lekarzy i pielęgniarki. Maya, bledszy niż ściana, już trzy razy wymiotował i trzy razy prosił o tabletki uspokajające. Kira zaś dostawała pierdolca.
Teraz cała trójka siedziała przed salą sto jeden.
Wokalistka wiedziała, że jej lura z automatu Nescafé jest już zimna. Nawet nie wiedziała, czy zamierza ją wypić. Chodziła do budki z wizerunkiem filiżanki parującej kawy tylko, by zająć czas. By zająć myśli, a raczej ubić je baseballową pałą aż zostanie z nich coś na kształt krwawej mielonki.
Kiedy naszpikowani kofeiną wychodzili z kafeterii, Kira spotkała u wyjścia tę dziewczynę, którą już kiedyś przelotnie widziała. Tę, co chichotała jak podfruwajka, stojąc za niemal nagim basistą, gdy otwierał on różowowłosej drzwi. Ale wtedy, gdy wychodziła ze szpitala, była przygaszona, smutna. Miała takie biedne, słabe spojrzenie, a jej mlecznoczekoladowe włosy ciasno związane. Otulała się beżowym płaszczem. Obudziła się wtedy w wokalistce naturalna chęć niesienia szczęścia i miłości całemu światu, która zepchnęła w czarną przepaść niechęć do kochanki.
Dziewczyna nazywała się Shioko. Mówiła, że wychodzi właśnie od Ryugi. Że próbowała z nim rozmawiać, ale stracił przytomność. Że nim to się stało, wzywał Hizumiego.
I wyszła.
A zaraz potem zadzwonił zaniepokojony Miyavi, którego jakoś uspokoiła, obiecując, że da znać jeśli Ryugi stan poprawi się lub pogorszy.
Poszła wtedy po jeszcze jedną kawę i wróciła na górę, na swe plastikowe, trzeszczące pod ciężarem jej chudego tyłka krzesełko. Wtedy właśnie poczuła, że w głowie ma palący się burdel.
Jej Hideto był zupełnie nieobecny. Próbowała go przytulić, ale on nie zwracał na to większej uwagi; jak gdyby wypolerowana podłoga albo równoległa ściana tak bardzo pochłaniała jego uwagę. Ale nie narzekała; taki był i takiego go kochała. Takiego nader troskliwego, zbyt uczuciowego, a czasem chłodnego i poważnego, takiemu Hidetowi oddawała swoją rękę.
Kiedy tak siedziała, trzymając w dłoniach styropianowy kubeczek z wystygłą kawą i patrzyła na swojego cudownego narzeczonego, doszła do takiego błyskawicznego i śmiesznie prostego wniosku: Hideto wciąż był dla niej tajemnicą. Chociaż widziała go co dzień rano, chociaż wciąż obserwowała jego poczynania, on wciąż pozostawał za czymś, jakby woalką. Czy można kochać mężczyznę za woalką? Cóż, Kira była świadoma faktów oczywistych, jak na przykład jego ulubionego koloru, czy ulubionej potrawy, czy ulubionej części garderoby, czy innych bzdurnych prawd, które może wyłowić każdy, wszedłszy na wyszukany w Google fansite o grupie muzyków zwanych Spojrzeniem.
O dziwo, jej Hideto był najbardziej tajemniczą postacią w jej życiu, będąc jednocześnie najważniejszą. Znała go; wiedziała jaki był cierpliwy i kochany i wyrozumiały, ale wciąż tkwił za woalką swojego milczenia i wstrzemięźliwości emocjonalnej. Nie mówił jej o wszystkim. Nie pokazywał wszystkiego. Milczał na temat swoich spotkań z ojcem, nie uzewnętrzniał swoich nastrojów w żaden sposób. Zawsze otaczała go aura ciepła i zrozumienia.
Co za ironia.
Teraz tylko był jakby wybity ze swego stałego rytmu; niezwykle wstrząsnęła nim wiadomość, iż wypadek Ryugi nie był wypadkiem, a próbą samobójczą. Teraz cała jego postawa emanowała przygnębieniem i żałością.
Znów spróbowała go objąć. Tym razem i on otoczył ją ramieniem. Był taki chłodny.
Tę utopię przerwała pielęgniarka, oznajmiając, że Ryuga jest przytomny a jego stan jest na tyle dobry, by móc z nim porozmawiać. Maya i Hideto od razu poderwali się z siedzeń, tylko Kira została, przykuta do nogi plastikowego siedziska wahaniem i niepewnością, obawą i zwykłym, ludzkim wstydem. I winą. Tak, czuła się po części winna tego co się stało. Nie powiedziała, przemilczała, a Ryuga przyjechał do domu i zobaczył, załamał się, zwątpił. A teraz leżał na oiomie. Tak naprawdę nie miała odwagi by tam wejść i chociażby na niego zerknąć. Starała się nie patrzeć za szybę, choć dzięki relacji Hideta mogła wyobrazić sobie tę sterylną salę i rurki i sapiące aparatury i białą pościel i Ryugę, wymizerowanego basistę.
Nieświadomie ścisnęła styropianowy kubeczek w dłoni, a on pękł, przez co chłodna kofeinowa lura rozlała się po jej ręce.
Wstała wtedy i wytarłszy palce w sweter, zaczęła podążać jak najdalej od sali sto jeden. Coś, jakiś nieprzyjemny ucisk w żołądku i sumieniowa zgnilizna kazała jej uciekać. Jak najdalej od Ryugi, jak najdalej od konfrontacji. Nie chciała postępować jak tchórz, zostawiać Hideta i Mayę samych, ale taką była osobą. Była tchórzem.
Przed wyjściem porzuciła kubeczek z logiem Nescafé. Przebiwszy się przez mur chorych i niedomagających, oraz potworów w białych fartuchach wybiegła na zewnątrz. Odetchnęła. Mimo iż stała niemal w centrum stolicy, która tonęła w smogu i spalinach, odetchnęła z ulgą, pełną piersią. Stercząc tak na szarym chodniku, rozszczepiając masę Japończyków w czarnych garniturach, mknących w stronę metra i pobliskich biurowców wbijających się w chmury, stwierdziła, iż pójdzie uzupełnić poziom węglowodanów i wróci. Tak, może jakiś kaloryczny posiłek doda jej odwagi. Czując się więc różową boją w morzu grafitowych materiałów i zapinek do mankietów, powędrowała w stronę najbliższej cukierni. Szła i szła, torując sobie drogę łokciami, gdyż mali, skośnoocy ludzie trącali nią jak kukiełką i inaczej nie mogła się przebić. Był to efekt chodzenia po jednym z najbardziej uczęszczanych tokijskich chodników w godzinach przerwy obiadowej. W końcu dobrnęła do punktu sprzedaży wyrobów cukierniczych, a doprowadził ją do niego wielki, kremowo-różowy szyld z uśmiechającym się ciastkiem, w około którego latały pocieszne serduszka z lukru.
Ta dziecinna słodycz przedmiotów martwych była jednym z aspektów Japonii, które Kira uwielbiała. Te wszystkie radosne lizaki na plakatach w sklepach ze słodyczami i onigiri reklamujące restauracje sprawiały, że świat od razu wydawał się lepszy i bardziej przyjazny.
Skończywszy kontemplować szyld, weszła do cukierni i zaczęła lawirować między szklanymi stolikami. W pomieszczeniu było przyjemnie chłodno dzięki cudownemu urządzeniu, co się zowie klimatyzacja. O tak, bóg kocha ludzi, więc zesłał klimatyzację. Poza tym, pachniało tam słodyczą i mrożonymi pysznościami. Jednak zamiast skoncentrować się na bogatym w śliczne obrazki i kolorowe krzaczki menu, jej uwagę przykuł platynowy blond czyichś krótko ściętych włosów, drewniane koraliki i zielony, rozciągnięty sweter.
Chcąc dać upust drażniącej ciekawości, podeszła bliżej. A kiedy stanęła naprzeciwko owej postaci i zobaczyła chudą, wręcz wymizerowaną dziewczynę o orzechowo-zielonych oczach, zajadającą wielki, złożony z dwunastu kulek deser lodowy, którego odmawiają sobie wszystkie młode Japonki chcące dbać o linię, oczy niemal wylazły jej z orbit.
– Mitsuki! – krzyknęła, zwracając na siebie uwagę starszych pań w brzoskwiniowych bluzeczkach i grupy rozentuzjazmowanych hiszpańskich turystów.
– Dzień dobry, Kira-san – dziewczyna podniosła głowę znad lodów i przywitała wokalistkę tak, jakby widziała ją zaledwie wczoraj. – To, że na mnie wpadasz pośrodku kilkumilionowego miasta to kpina albo cud.
Kira przysiadła się do jej stolika, ze zgrzytem odsuwając krzesełko.
– Wyszłaś ze szpitala, tak? – zagadnęła łagodnie.
Mitsuki pokiwała głową, zapychając usta porcją miętowych lodów.
– Kilka miesięcy temu. – odrzekła w końcu.
Kiedy zapychała się kolejną łyżką swojego deseru, Kira przypatrywała się jej uważnie. Mitsuki nie zmieniła się bardzo, odkąd wokalistka miała okazję poznać ją w klinice leczenia zaburzeń żywieniowych. Wciąż miała te swoje jasne, krótkie włosy i kolczyk w wardze i koraliki i ten wyciągnięty sweter, w którym tonęły jej szczupłe ręce, a który jednocześnie wydawał się odzieniem absurdalnym jakoś, komicznie za dużym i groteskowym na tej drobnej osobie.
– Co teraz robisz?
Dziewczyna przez chwile patrzyła na wokalistkę, smakując kawałeczek truskawki w swym deserze, po czym odrzekła:
– Staram się o przyjęcie do Wyższej Szkoły Artystycznej, kompletuję portfolio.
I chwila ciszy, przerywana tylko dzwonieniem łyżki.
– Chciałabyś zobaczyć? Mieszkam niedaleko.
Kira natychmiast przystała na propozycję. Wciąż pragnęła oddalić się od szpitala, gdyż jego chłodną, antybiotykową aurę czuła nawet w tej słodkiej cukierni. Wizyta u dawno niewidzianej koleżanki była dobrą przykrywką dla jej ewidentnego tchórzostwa.
Tak więc dziewczyny prędko wydostały się z kolorowej i zatłoczonej ulicy hałaśliwego centrum Tokyo. Mitsuki poprowadziła Kirę ciasnymi uliczkami między przylepionymi do siebie strzelistymi budynkami, wciąż skręcając w różne boczne alejki. Wnet znalazły się w spokojnej dzielnicy. Tam, gdzie domy stały zwarte ciasno w szeregu, a między nimi biegła tylko jedna, mało uczęszczana droga. Na samym dole mieściły się niewielkie sklepiki, gdzie przeważnie starsze panie sprzedawały słodycze lub inne drobiazgi. Takie lokale, całe obwieszone były kolorowymi szyldami i krzyczącymi napisami, przez co wyglądały trochę groteskowo. Wyżej powietrze przecinały kable i linki do prania. Na dachach zaś kiełkowało mnóstwo blaszanych kominów. Życie w takim miejscu wydawało się bardziej beztroskie, niż w wielkim mieście, choć było ono zaledwie kilka kroków dalej.
Blondynka poprowadziła Kirę dalej wzdłuż uliczki, a echo niosło stukot obcasów. W końcu zatrzymała się przed jednym z domów. Pchnęła drzwi, weszły po skrzypiących schodach na drugie piętro i stanęły przed czerwonymi drzwiami z czarnym numerem pięć. Niesamowicie czerwonymi.
Mitsuki zaprosiła Kirę do środka.
Wokalistka widziała już wiele dziwnych, odstających od normy tudzież pstrokatych wnętrz, tak jak co dzień oglądała swój salon z czerwoną, włochatą kanapą, lecz u tej dziewczyny było inaczej. Było dziko, bo kolorowo i niby jakoś tak niechlujnie; chaos i artystyczny rozpierdol, a mimo niego taka przytulna, ciepła aura, wypływająca chociażby z serwetek czy kubka niedopitej herbaty.
Ściany w niewielkim, kanciatym przedpokoju pomalowane były na miodowo, a zestawiono je z brązową szafą, która stała na wybitnie turkusowej wykładzinie. A obok dębowego mebla wisiało mnóstwo przeróżnych obrazków, oprawionych w przeróżne ramki.
Dziewczyna uprzejmie zabrała od Kiry jej płaszczyk i odwiesiła go na jeden z pustych, czarnych wieszaków.
– Przepraszam, że spytam, ale mieszkasz z kimś jeszcze? – zapytała, niedyskretnie przyglądając się kilku egzemplarzom męskiej odzieży.
– Z moim chłopakiem – odrzekła bez krępacji i wielkiego ceremoniału. – Jest skrzypkiem – wskazała wtedy na niewielkie futerały leżące na dnie szafy.
Kira westchnęła cicho.
– Ciesze się.
I przeszły do sypialni. Mitsuki twierdziła, że ich duży pokój jest mało praktyczny i nie lubi tam przesiadywać, zaś wokalistce przed oczami mignął tylko intensywny fiolet.
Różowowłosa usiadła wygodnie na łóżku a młodsza podeszła do biurka.
Ten pokój także był niesamowity. Chłodne, pasiaste ściany w odcieniach niebieskiego ocieplał czerwony dywan i pomarańczowa narzuta na materacu posłania. Na sosnowych półkach było pełno gratów jak i rzeczy potrzebnych oraz funkcjonalnych; stół był zawalony szkicami i obierkami z zielonego ołówka.
W końcu jasnowłosa dziewczyna wyjęła z szuflady album formatu mniej więcej A3, a Kira zdążyła w tym czasie zauważyć jaki piękny widok roztacza się z okna tego niewielkiego pokoiku – całe wielkie i błyszczące Tokyo było tak blisko; gdyby wyciągnąć rękę, na pewno można by go dosięgnąć.
– Zobacz.
Odwróciła wzrok od okna. Mitsuki usiadła na łóżku obok różowowłosej.
– To on. Mój Hiromitsu.
Pierwszą stronę w jej portfolio zajmował akt. Szkic kawałkiem węgla. Piękny szkic. Przedstawiał on nagiego, młodego mężczyznę, siedzącego na łóżku i grającego na skrzypcach. To, na co właśnie patrzyła wydało jej się niezwykle intymne. Jego poza sama w sobie ukazywała lubość, jaką chłopak darzył swój instrument. Czarny węgiel, który tę pozę oddał, wchłonął delikatność i uczucie rysownika. Obraz emanował emocją, jaką emanować by nie mógł, gdyby model został wynajęty za pieniądze, a artysta potraktowałby go z chłodnym profesjonalizmem.
– Jest taki cudowny – westchnęła blondynka. – Siedział tak sześć i pół godziny bez ruchu, żebym mogła skończyć tę pracę – urwała na chwilę. – A potem się kochaliśmy.
Ta rozmarzona nuta w jej głosie była taka miła.
– Wiesz, Kira-san – podjęła, odkładając portfolio. – Powiedział, że mnie kocha. I ja mu wierzę. Zanim go poznałam... ja... nigdy tego nie robiłam. A on... wszystko przygotował. W moje dwudzieste urodziny. Pachnącą kąpiel i róże. Był bardzo delikatny. Myślałam, że będzie boleć, ale nie bolało. Było mi przyjemnie... i byłam taka szczęśliwa.
Kira wsłuchiwała się w słowa Mitsuki jak w wyjątkowo piękną i wzruszającą bajkę. Już nawet nie absorbowało jej uwagi niesamowite połączenie kolorów w pokoju.
– Szczerze ci zazdroszczę. Mój pierwszy raz tak nie wyglądał.
– O tym jest Black Cherry, prawda?
Starsza skinęła głową.
Nastała chwila milczenia.
– Potrzebuję jeszcze finałowej pracy do mojego port folio. Chciałabym tym razem użyć farb... – zaczęła.
– Tak?
– Chciałabym, żebyś mi pozowała.
Początkowo Kira miała nadzieję, że Mitsuki mówi nie do niej, tylko do kogoś kto nagle pojawił się w tym pomieszczeniu. Niestety, w pokoju nie było nikogo oprócz nich.
Dziewczyna była naprawdę nieustępliwa. Gapiła się na Kirę swymi orzechowo-zielonymi oczyma, jakby chciała jej przekazać, że i tak nie przyjmie odmowy.
– Nie wiem, czy będę dobrą modelką – odpowiedziała w końcu.
– A to niby dlaczego? – blondynka uniosła brwi.
– Wstydzę się mojego ciała – burknęła Kira, ściągając rękawy swojej bluzki.
Mitsuki spojrzała na nią ze współczuciem. Prawdziwym współczuciem. Takim, które może czuć tylko ktoś, kto także był przykuty do łóżka, ważąc niewiele więcej od dorodnego kurczaka.
– Przecież nie rozbierasz się przed cycatą super laską z kalendarza w myjni samochodowej.



Teraz wracała do szpitala.
Kira zgodziła się pozować dziewczynie, zgodziła się przytargać ze sobą gitarę, a po szklance czegoś mocniejszego zdecydowała się wyjść na spotkanie sali sto jeden i szkarłatnym kosmykom rozlanym po poduszce.
Pożegnała się z Mitsuki, obiecała, że przyjdzie jutro i poszła. Do szpitala, do sali sto jeden. Chociaż nie – najpierw do bezdusznego automatu Nescafé, który nijak mógł wysłuchać jej żalów, które chcąc nie chcąc wylewała, czekając na słodko pachnącą kawę. Z całej siły docisnęła przycisk ze znakiem plus, osładzając sobie ją do granic wytrzymałości ludzkich kubków smakowych. Mimo iż była gorąca, łyknęła ją od razu, z nadzieją, że ta cała sacharoza ubije jej nerwy i niepewność.
Wywaliła kolejny w tym dniu styropianowy kubeczek, których urósł już dość pokaźny stos w śmietniku. Ruszyła na pierwsze piętro. Powoli, rozważnie stawiała kroki na każdym pojedynczym schodku, jakby nagle miał zamienić się w ludożerczy budyń i ją pochłonąć. A kiedy stanęła w białym korytarzu, z daleka pachnącym lekami i Domestosem, natychmiast ujrzała posiać Hideta i zgarbionego Mayę. Jej cudowny, czarnowłosy narzeczony wraz z utlenionym bębniarzem w dzikim swetrze siedzieli na plastikowych krzesełkach. I nad nimi ta niepewność się unosiła.
Dobiegała godzina osiemnasta. Kira w duchu miała nadzieję, że już skończył się czas odwiedzin.
Podeszła bliżej drzwi z trzema makabrycznymi dla niej cyframi – jeden zero jeden. Ciaśniej otuliła się połami swojego lekkiego płaszcza. Gitarzysta usłyszał cichy stukot jej butów, podniósł głowę.
– Gdzie byłaś? – zapytał cicho.
– Musiałam się przejść.
Schyliła się, by go ucałować. By znów poczuć się jak napalona szesnastka, podczas smakowania tych jego ust. Już niemal zapomniała jak to jest. Więc objęła jego wargi swoimi, a dwie sekundy namiętnego pocałunku stały się jej małym, jednodniowym zwycięstwem.
– Ryuga odpoczywa – powiedział do niej. – Ale chciał, żebyś weszła jak przyjdziesz.
I bum. Tego się obawiała.
No ale przecież nie miała wyboru; nie ucieknie ze szpitala jak z miejsca zbrodni.
Pokiwała głową, na znak, że słyszy, że rozumie. I podeszła do drzwi. Jeszcze nim weszła rzuciła okiem na Mayę, który wydawał się być zupełnie w innym świecie. Po raz pierwszy w swoim życiu wokalistka naprawdę go żałowała, bo siedział taki biedny, dotknięty tym paskudnym wydarzeniem, jak uosobienie mizerii i beznadziei.
Delikatnie zapukała, weszła.
Stalowy chłód klamki, łagodne skrzypnięcie zawiasów i uderzyła ją nieskazitelna biel tej sali, brutalnie zakłócona jedynie czerwoną plamą włosów leżącego w szpitalnym łóżku Ryugi.
Był przytomny. Patrzył na różowowłosą zmęczonym wzrokiem zza lekko przymkniętych powiek. Oddychał samodzielnie, choć nieco nierówno; jakby wciąż sprawiało mu to ból.
Podeszła bliżej.
Starała się zachować godnie w obliczu tej niedoszłej, czerwonowłosej śmierci. Lecz dopiero będąc tuż przy niej, ujrzała jak bardzo Ryuga był wyczerpany. Jego skóra była niemal biała, jakoś dziwnie przeźroczysta, gdyż widać było wszystkie drobne, czerwone żyłki i niebieskofioletowe aorty na jego szyi i ramionach. Jego wielkie, złotoorzechowe oczy złamane delikatnym odcieniem szarości okolone były wielkimi, niemal trupimi sińcami. Wargi miał sine, spierzchnięte. A jego włosy, tak soczyście czerwone wyglądały przy tym jakoś niesamowicie nierealnie. Zupełnie jakby ktoś przesunął suwak kontrastu w GIMPie do przodu, przez co ten szkarłat niesamowicie raził w oczy.
– Kira-chan – zaczął basista słabym głosem. – Chodź, usiądź sobie.
Skinął delikatnie na samotne krzesełko po swojej lewej, a Kira natychmiast spoczęła. Starała się znaleźć jakiś interesujący obiekt w tym pomieszczeniu, gdyż obraz wymęczonego Ryugi sprawiał jej zbyt duży ból. A on patrzył na nią, przechyliwszy głowę. Padające światło niesamowicie uwydatniało kości policzkowe na jego wychudłej twarzy.
– Kira-chan – powtórzył. – Jak się czujesz?
To chyba łzy sprawiły, że musiała zatrzepotać rzęsami, gdyż obraz stał się dla niej niewyraźny. Pociągnęła nosem, nerwowo wykręcając sobie palce.
– Jak ja się czuję? – powtórzyła żałośnie, podnosząc głowę ku basiście. – Czuję się źle. Czuję się okropnie i beznadziejnie. Najpierw widziałam twojego Hizumiego z kochankiem a potem nie umiałam Ci tego wyznać, ale ty sam go nakryłeś, a jak się o tym dowiedziałam, to miałam ochotę samą siebie wyrzygać. Pożarliście się z Mayą a teraz jesteś w szpitalu... – wyrzuciła wszystko agonalnie smutnym tonem na jednym wydechu, po czym namiętnie pociągnęła nosem. Czuła, że łzy jej ciążą na rzęsach i zaraz spłyną po twarzy czarnym ciurkiem, przez co będzie wyglądać jak emo z przymusu.
Zwiesiła głowę i wbiła wzrok w swoje kościste kolana, jakby nagle wyrosło na nich coś ciekawego, chociażby hipopotam w falbanach, tańczący salsę. Wtem ujrzała na swojej zaciśniętej pięści białą dłoń ozdobioną zaplastrowanym wenflonem z niebieską końcówką.
– Kira-chan – szepnął Ryuga, a ona odważyła się spojrzeć na jego wymizerowaną twarz. – To nie twoja wina. To... – urwał, by zakaszleć spazmatycznie – ...moja wina. Tylko moja. Kochałem... Kochałem go tak bardzo, że aż nazbyt mu zaufałem i niczego nie zauważyłem, chociaż... chociaż... – urwał, przeniósł wzrok na przeciwległą ścianę; słowa te niechętnie przechodziły mu przez gardło – ...chociaż zdradzał mnie od dłuższego czasu. Zapłaciłem za to słono, Kira-chan.
I zapadła cisza, niesamowicie ciężka. Ryuga wlepiał zmęczone spojrzenie w białą ścianę, Kirze wyczerpała się śmiałość; znów zajęła się badaniem swoich kościstych kolan, opiętych materiałem błękitnych spodni.
– Czuję się winna – powiedziała, a głos umknął jej pod nogi. Mimo to, basista usłyszał i zwrócił ku niej głowę. Znów ujął jej rękę w swoją trupio bladą dłoń. Dziewczyna jakiś czas skupiała się a niebieskim wenflonie i delikatnych, fioletowych żyłkach prześwitujących przez jego skórę. W końcu spojrzała na niego, a w nozdrza wbijał jej się ostry zapach antybiotyków.
– Jeśli to ci pomoże, Kira-chan, to wiedz, że nie mam do ciebie żalu – wychrypiał. – Nie mogłaś nic zrobić, a wyjawienie prawdy nie zmieniłoby niczego. Może tylko nie rozpamiętywałbym... – znów urwał, jakby zbierał siły, które starały się mu uciec – Może tylko nie rozpamiętywałbym obrazu mojego Hizumiego z innym mężczyzną w naszym łóżku. Choć i tak bym o tym rozmyślał.
Słuchając tych słów, Kira czuła narastającą żałość i psychiczne wyczerpanie. Patrzyła jak Ryuga mówi, jak sili się na przytomność; była światkiem walki jego zmęczonego ciała z bólem i odrętwieniem, w które wprowadzały go dożylnie podawane leki. Był taki słaby, taki kruchy w tym zimnym, szpitalnym łóżku. Ale rozmawiał z nią, chciał ją zobaczyć.
Znów łzy jej napłynęły do oczu, kiedy tak słuchała i ściskała delikatnie tę białą dłoń. Pokornie pochyliła głowę, a na rękę basisty upadły jej gorzkie łzy, które niczym rebelianci – nie chciały podporządkować się jej woli.
– Kira-chan – mówił coraz słabiej – wybaczam ci. Nie płacz już. Nie jesteś niczemu winna.
A wtedy ona zsunęła się z plastikowego krzesełka, upadła na kolana przy jego łóżku. Wtuliła twarz w szpitalną pościel i pozwoliła sobie płakać. Ryuga jedynie głaskał ją delikatnym ruchem; nie poganiał.
Tego dnia, jej znękane sumienie otrzymało rozgrzeszenie, a aniołki w chmurach znów maltretowały swoje harfy, pozwalając wiatrowi ciągnąc swoje złote pukle.



Następnego ranka obudziła się, lecz chyba nie w swoim ciele. Obudziła się i czuła się fantastycznie, więc założyła, że złośliwy Jezus we śnie dokonał na niej jakiegoś eksperymentu z reinkarnacją. Okazało się jednak, iż jest jak najbardziej sobą, jest Kirą. Cudowny Hideto spał obok, słodko wtulając się w poduszkę, która obecnie była całym jego światem. Kołdra wpół leżała na podłodze, słońce wdzierało się przez niedomknięte kotary, przecinając jasną smugą bordowy dywan. Pasiaste tapety tonęły w delikatnym półmroku. Cisza przerywana tylko spokojnym oddechem jej śpiącego narzeczonego.
Uwierzyła, że naprawdę jest Kirą.
Ostatnio co rano i co wieczór gnębiło ją robactwo sumienia i te małe potworki, które obgryzały jej nogę, szczególnie lubując się w ścięgnach oraz mięśniach poprzecznie prążkowanych. Kiedy rankiem, dwunastego października, w trzeci dzień tygodnia obudziła się i uznała, że ich już nie ma. Nic nie drążyło jej wnętrzności, a kostka nie nosiła śladów małych, acz ostrych ząbków. Obejrzała ją dokładnie i jedyne co stwierdziła, to obecność odrastających włosków po niedawnym goleniu swoją fikuśnie różową maszynką.
Położyła się z powrotem, ruchem ręki zgarnęła kołdrę z podłogi. Hideto mruknął coś, będąc zaabsorbowany tylko obejmowaniem poduszki.
Kira starając się go nie budzić, przysunęła się bliżej. Westchnęła, wdychając słodki zapach jego skóry. Wczoraj zdenerwował się tak bardzo, tyle przesiedział pośród bieli i kroplówek, a potem nie mógł zasnąć. Niech śpi. Nie przerwie mu snu, choć gdy się zbudzi, nie będzie go pamiętał.
Jeszcze trochę rozczulała się nad nim. Pozwoliła sobie na pozorowanie napalonej szesnastki, zatapiając palce w jego czarnych kosmykach, wodząc dłonią po policzku, całując zamknięte migdałowe oczy. Chwilę jeszcze tuliła się do jego ramienia, aby potem z bólem stwierdzić konieczność wstania. Obiecała Mitsuki, że przyjdzie i uskuteczni modeling, więc poczuwała się do tego, by dokonać na sobie kilku zabiegów kosmetycznych. Tak więc opuściła ciepłe łóżko i swego mężczyznę na rzecz zimnej łazienki i fikuśnie różowej golarki do nóg.
Niecałą godzinę zajęło jej doprowadzenie się do stanu używalności. Umysł miała wielce światły po zażyciu nieludzko zimnego prysznica, lecz po opuszczeniu wyłożonego kafelkami pomieszczenia, owa światłość znikła, dając się wyprzeć przez kusząco kołyszące się biodra przemierzającego korytarz, półnagiego gitarzystę. Kilka westchnień później, Kira mocowała się z zielonym sweterkiem i luźnymi spodniami, które nie zostawią na jej ciele żadnych niepożądanych odcisków pasków czy gumek. Przed wyjściem zabrała gitarę i pocałunek od Hideta, zaś dwadzieścia minut potem znów oswajała się z przytulnie krzyczącą pstrokacizną przeplatającą się między meblami i bibelotami w mieszkaniu numer pięć o niesamowicie czerwonych drzwiach. A kiedy przyszło jej się rozebrać, spojrzenie wymizerowanej blondynki potężnie dodało jej otuchy. Obserwując jej wystające obojczyki i ostro zarysowane kości pod cienką jeszcze skórą, Kira poczuła, że jej chęć zbawiania świata została po części nasycona. Siedziała więc pięć godzin z poczuciem misji. I w końcu po trwaniu w jednej pozie przez trzysta minut przyszło jej oglądać efekt pracy chudych nadgarstków kierujących pędzlem. Co prawda odczuwała wokalistka dziwne mrowienie, patrząc na samą siebie, nagą, siedzącą na płótnie z gitarą na kolanach, aczkolwiek mrowienie to zaliczyłaby raczej do mrowień przyjemnych. Natomiast uwieńczeniem dnia, wisienką na górze bitej śmietany jej radości okazał się przybyły Hiromitsu – niezwykle seksowny, dwudziestojednoletni skrzypek, o kruczej czuprynie i niezwykłej głębi czarnych migdałowych oczu. Nie umknęło Kirze i to, iż niezwykle korzystnie wyglądał w swoim surducie. Kiedy wypili po kubku silnie owocowej herbaty, a absorpcja uwagi Mitsuki przez jej wybranka zaczęła sięgać innego układu planetarnego, wokalistka ładnie pożegnała się i udała z powrotem do swego mężczyzny, który powinien czekać z czymś dobrym w garnuszkach.
Ilość radości na jeden metr kwadratowy została dziś wypełniona, więc Kira była z siebie zadowolona. Mitsuki była szczęśliwa, że skompletowała portfolio, a co za tym idzie wokalistka była szczęśliwa, że mogła jej pomóc. Hiromitsu także był szczęśliwy, bo jego ukochana była szczęśliwa, a pani z szóstki też, bo powiedzieli jej dzień dobry, żegnając się w drzwiach. I pan z warzywniaka, bo dostawcy dostali w łapę i przywieźli świeże owoce. I ludzie na wielkiej zebrze, bo już zapalił się zielony ludzik, a oni mogli pędzić dalej.
Kira obserwowała całe to szczęście zza szyby hidetowego kabrioletu, kiedy stała w korku na głównej ulicy. Była to godzina popołudniowa, więc nastawiała się na jakiś smaczny obiad, czekający na nią w domu. Jednakże głód nie przesłaniał w żaden sposób jej umysłu, który zauważywszy tyle radości, chyba się nią zachłysnął. Zachodziła przecież wyraźna dysproporcja. Mimo że Kira była jednym z pozytywnych ludzi o sercach wypełnionych miłością dla całego świata, była świadoma braku równowagi. Ilość ludzi inteligentnych zawsze jest odwrotnie proporcjonalna do kwadratu ludzi głupich i tak dalej. Teraz jakoś za dużo jej było ludzi zadowolonych.
Siedziała w hidetowym samochodzie, pukała palcami w kierownicę, zastanawiając się nad niedorzecznością ruchu lewostronnego. Co jakiś czas patrzyła na migające, żółte światło. I co z tego, i tak stała w korku. A wkoło pełno mniej lub bardziej zadowolonej skośnookiej ludności. Gdzieś w tej zupie czarnych garniturów i garsonek, musi mieć miejsce czyiś prywatny koniec świata, inaczej równowaga inter galaktyczna byłaby zagrożona.

Co się tyczy rozdziałów...


...to najprawdopodobniej porządek wydawania teraz będzie wynosił co trzy tygodnie. Rozdział 33 jest na wykończeniu, 34 w połowie napisany, więc sami rozumiecie. Muszę nadrobić rozdziały w przerwach uczęszczania do liceum.

Co się tyczy rozdziału...
Rozdział skupia się na Ryudze i mentalnym maltretowaniu Hizumiego, który z braku innej możliwości pomieszkuje u Zera. Chwilowo mamy na tapecie ten jeden wątek, bo z stanem Ryugi wiąże się też sytuacja zespołu, w którym gra, a co za tym idzie i sytuacja jej członków. Powraca postać, której epizodyczny wątek zaniknął dawno temu - Mitsuki. Czekam na jakieś rozkminy co do jej roli w tym utworze.
Mnie osobiście interesuje jeden fragment tego rozdziału, a mianowicie cześć, w której Shioko przybywa do szpitala z niezwykle ważnym oświadczeniem. Kto odkryje co teraz chciała powiedzieć, nie przeżyje szoku potem. Zdradzę tylko, że ten szok nastąpi w gwiazdkę (ich gwiazdkę).
Kończy się na tym, że Kira prowadzi filozoficzne rozważania w samochodzie Hideta. Ma to ścisły związek z tym, od czego rozpocznie się rozdział następny.

Pamiętajcie, OPINIOWANIE NIE BOLI.


×Opinie? +
× Szósty dzień tygodnia, 31 października 2009 13:05:22


Jeżeli ktoś, mimo tego, że terminy pojawiania się rozdziałów są kretyńsko oczywiste i wypisane na S.Głównej, chce być o nich powiadamiany, niech poinformuje mnie o tym w księdze.